Kiedy w 1980 roku na ekrany kin wchodziło Czy leci z nami pilot (oryginalnie Airplane!), nikt nie spodziewał się, że ten niskobudżetowy projekt wywróci Hollywood do góry nogami. Serio. To był film, który nie miał prawa się udać. Reżyserzy — trio ZAZ, czyli David Zucker, Jim Abrahams i Jerry Zucker — wcześniej zajmowali się raczej niszowymi skeczami. A jednak stworzyli dzieło, które do teraz, po ponad czterdziestu latach, wciąż regularnie ląduje na szczytach list najśmieszniejszych filmów wszech czasów według magazynów takich jak "Empire" czy "Rolling Stone".
Większość ludzi myśli, że to po prostu zbiór głupkowatych żartów. Ale to nieprawda.
Siła tego filmu tkwi w jego śmiertelnej powadze. Leslie Nielsen, Peter Graves i Lloyd Bridges zostali obsadzeni właśnie dlatego, że kojarzyli się z poważnymi dramatami. Zuckerowie zabronili im "bycia śmiesznymi". Mieli grać tak, jakby występowali w Shakespearze, podczas gdy wokół nich działy się absolutne absurdy. To właśnie ten kontrast sprawia, że Czy leci z nami pilot działa tak dobrze. Jeśli aktor puszcza oko do widza, czar pryska. Tutaj nikt nie mruga.
Skąd właściwie wziął się ten pomysł?
To fascynująca historia. ZAZ nie wymyślili fabuły od zera. Oni ją... kupili. Prawie jeden do jednego.
Film jest niemal dosłownym remakiem dramatu katastroficznego z 1957 roku o tytule Zero Hour!. Zuckerowie nagrywali nocami reklamy telewizyjne na magnetowidach i przypadkiem trafili na ten film. Uznali, że dialogi są tak drętwe i patetyczne, że wystarczy dodać do nich kilka wizualnych gagów, by stały się genialną parodią. Kupili prawa do scenariusza, zachowali imiona bohaterów (Ted Striker!), a nawet niektóre linijki tekstu, które w oryginale miały być dramatyczne, a w Czy leci z nami pilot brzmią jak szczyt komizmu.
Kolejny fakt, o którym mało kto wie: studio Paramount panicznie bało się tego filmu. Szefowie nie rozumieli, dlaczego główną rolę ma grać Robert Hays, a nie jakaś wielka gwiazda komedii tamtych lat. Na szczęście twórcy postawili na swoim. Chcieli twarzy, które "pasują do katastrofy", a nie do kabaretu.
Dlaczego żarty w "Czy leci z nami pilot" nadal śmieszą?
Komedie starzeją się najszybciej ze wszystkich gatunków filmowych. To, co bawiło nas w 2010 roku, dziś często wydaje się żenujące. Ale Czy leci z nami pilot jest inne. Dlaczego? Bo operuje na tak wielu poziomach jednocześnie, że każdy znajdzie coś dla siebie.
🔗 Read more: A Simple Favor Blake Lively: Why Emily Nelson Is Still the Ultimate Screen Mystery
Mamy tu:
- Humor słowny (nieśmiertelne "Surely you can't be serious" — "I am serious... and don't call me Shirley").
- Gagi wizualne w tle, które dostrzegasz dopiero przy trzecim seansie.
- Absurdalny slapstick.
- Parodię konkretnych filmów (scena z Szczęk na samym początku to majstersztyk).
Pamiętacie scenę z automatem do kawy? Albo moment, w którym Otto (nadmuchiwany pilot) zaczyna palić papierosa? To są rzeczy, które w teorii są "tanie", ale wykonanie ich z kamienną twarzą sprawia, że stają się ikonami popkultury.
Ciekawostka: Leslie Nielsen przed tym filmem był aktorem dramatycznym. Miał na koncie role w takich hitach jak Zakazana planeta czy Tragedia Posejdona. Rola doktora Rumacka całkowicie zmieniła jego karierę, robiąc z niego legendę komedii na kolejne trzy dekady. Sam Nielsen przyznawał później, że zawsze czuł się komikiem uwięzionym w ciele amanta, a Czy leci z nami pilot pozwoliło mu w końcu wyjść z szafy.
Realizm w oparach absurdu
Paradoksalnie, film świetnie oddaje lęki tamtej epoki. Lata 70. to był złoty wiek kina katastroficznego. Ludzie bali się katastrof lotniczych, terroryzmu i awarii technicznych. ZAZ wzięli ten zbiorowy lęk i go wyśmiali. To była forma autoterapii dla widzów.
Warto też zwrócić uwagę na muzykę. Elmer Bernstein, kompozytor, który pisał muzykę do takich gigantów jak Siedmiu wspaniałych, dostał prośbę: "Napisz najpoważniejszą ścieżkę dźwiękową, jaką potrafisz". I zrobił to. Jeśli wyłączysz obraz i zostawisz sam dźwięk, będziesz przekonany, że oglądasz thriller o wysoką stawkę. To jest właśnie ten sekretny sos.
Wpływ na współczesne kino (i dlaczego dzisiaj trudniej o taki film)
Bez Czy leci z nami pilot nie byłoby Nagiej broni, Strasznego filmu czy serialu Police Squad!. Ten film stworzył gatunek "spoof movie". Niestety, w ostatnich latach ten gatunek podupadł. Dlaczego? Bo twórcy zapomnieli o złotej zasadzie Zuckerów: graj to na poważnie. Dzisiejsze parodie często są zbyt "mądre", zbyt mrugają do widza, przez co tracą impet.
💡 You might also like: The A Wrinkle in Time Cast: Why This Massive Star Power Didn't Save the Movie
W dobie mediów społecznościowych i memów, humor z tego filmu przeżywa drugą młodość. Gify z "And don't call me Shirley" latają po Twitterze codziennie. To dowód na to, że dobry żart jest ponadczasowy.
Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałaby praca na planie? Podobno ekipa techniczna non stop wybuchała śmiechem, co zmuszało aktorów do powtarzania ujęć dziesiątki razy. Stephen Stucker, który grał szalonego kontrolera lotów (Johnny), większość swoich tekstów po prostu improwizował. Twórcy dali mu wolną rękę, a on stworzył postać, która kradnie każdą scenę, w której się pojawia.
Czego nie wiedzieliście o produkcji?
Kolejna sprawa to kwestia budżetu. Film kosztował około 3,5 miliona dolarów. Zarobił... ponad 80 milionów w samych Stanach Zjednoczonych. To był gigantyczny zwrot z inwestycji.
Ale nie wszystko było kolorowe. Niektóre żarty, które dziś uznajemy za kultowe, prawie wyleciały z montażu. Na przykład scena z dziewczynką, która "lubi kawę jak swoich mężczyzn". W 1980 roku uznano to za kontrowersyjne, ale ostatecznie zostawiono, ufając inteligencji widzów. I słusznie. Ten film nie boi się przekraczać granic, ale robi to w sposób tak oderwany od rzeczywistości, że trudno się na niego obrazić.
Kolejny smaczek: Głosy "spikerów" kłócących się o czerwone i białe strefy na lotnisku na początku filmu należały do prawdziwych ludzi, którzy nagrywali te komunikaty dla lotniska LAX. Byli małżeństwem, które faktycznie rozwodziło się w tamtym czasie, co dodało ich kłótni autentycznego ognia.
Czy warto obejrzeć "Czy leci z nami pilot" po raz setny?
Absolutnie tak. To jeden z niewielu filmów, które premiują uważne oglądanie. Każdy kadr jest wypełniony treścią. Widzicie tego faceta w tle, który próbuje naprawić coś, co ewidentnie nie jest zepsute? Albo te dziwne tytuły gazet w kiosku? To jest esencja tego kina.
📖 Related: Cuba Gooding Jr OJ: Why the Performance Everyone Hated Was Actually Genius
Jeśli ktoś pyta, o czym jest Czy leci z nami pilot, odpowiedź brzmi: o wszystkim i o niczym. To celebracja czystej radości z głupoty. W świecie, który staje się coraz bardziej skomplikowany i poważny, potrzebujemy takich filmów bardziej niż kiedykolwiek. One przypominają nam, że czasem jedyną sensowną reakcją na kryzys jest głośny śmiech.
Praktyczne wskazówki dla widzów
Jeśli planujesz seans, zrób to dobrze. Oto kilka kroków, by wycisnąć z tego filmu maksimum:
- Wyłącz telefon. Poważnie. Jeśli spuścisz wzrok na powiadomienie, przegapisz trzy gagi wizualne ukryte w tle.
- Oglądaj z napisami, a nie z lektorem. Polska szkoła lektorska jest świetna, ale w tym filmie gra słów jest tak gęsta, że połowa żartów ginie w tłumaczeniu "na głos". Napisy pozwalają wyłapać te niuanse.
- Sprawdź oryginał "Zero Hour!" na YouTube. Znajdziesz tam porównania scena po scenie. Zobaczysz wtedy, jak genialnie Zuckerowie skopiowali kadrowanie i dramatyzm pierwowzoru.
- Zaproś kogoś, kto nigdy tego nie widział. Obserwowanie reakcji osoby, która po raz pierwszy słyszy tekst o "pilocie automatycznym", to czysta przyjemność.
Czy leci z nami pilot to nie tylko film. To lekcja dystansu do świata. Twórcy udowodnili, że nie potrzeba wielkich efektów specjalnych (Otto to przecież tylko kawałek gumy), by stworzyć coś, co przetrwa dekady. Wystarczy dobry pomysł, odwaga w łamaniu schematów i aktorzy, którzy potrafią z pełną powagą mówić o rzeczach kompletnie odklejonych od rzeczywistości.
Następnym razem, gdy poczujesz, że życie staje się zbyt ciężkie, włącz ten film. Nawet jeśli znasz go na pamięć, te żarty uderzają z taką samą siłą. Bo jak mówi dr Rumack: "I just want to tell you both good luck. We're all counting on you". My też liczymy na to, że takie kino nigdy nie zginie.
Jak w pełni docenić ten fenomen dzisiaj?
- Zrób sobie maraton z "Nagą bronią" zaraz po seansie, aby zobaczyć ewolucję stylu Leslie Nielsena.
- Zwróć uwagę na detale w scenach w wieży kontroli lotów — tam dzieje się najwięcej absurdów "trzeciego planu".
- Poszukaj w sieci wywiadów z Jimem Abrahamsem o tym, jak trudno było utrzymać powagę na planie przy budżecie, który ledwo starczał na catering.
- Zastosuj zasadę "Shirley" w codziennych rozmowach — to najlepszy test na to, czy Twój rozmówca ma dobre poczucie humoru.